Nowy numer 42/2021 Archiwum

Przekraczałem własne ograniczenia

O odkrywaniu Boga, pokonywaniu siebie i radości płynącej z bycia ojcem opowiada Piotr Jankowski, mąż Marii, tata Róży, Maksymiliana i Łucji.

Agnieszka Napiórkowska: W Roku św. Józefa rozmawiamy z ojcami o ich dzieciach, ojcostwie, ale i o św. Józefie. Masz z nim kontakt, co Cię w nim zachwyca, inspiruje?

Piotr Jankowski: Święty Józef jest dla mnie wzorem do naśladowania. Nie miał łatwo. Musiał uwierzyć, że jego kobieta została wybrana do tego, aby urodzić Syna Bożego. By uznać, że jest to prawda, trzeba mieć ogromną wiarę. Wyzwaniem było też przyjęcie Jezusa za syna. Święty Józef uczy mnie akceptowania, kim chcą być i co chcą robić moje dzieci. Wiem, że muszę pogodzić się z tym, że one mają własne życie, że ja nie będę zawsze prowadził ich za rękę. Mam je tylko wspierać. Myślę, że św. Józef postępował podobnie. Zgodził się na to, kim Jezus był, nie stopował Go, ale wspierał.

Jesteś ojcem trójki dzieci. Czym dla Ciebie jest ojcostwo?

Trudno o tym opowiedzieć w kilku zdaniach. Dla mnie to wspieranie moich dzieci, opieka nad nimi, dbanie, by miały co zjeść, gdzie spać, w co się ubrać, zapewnienie im bezpieczeństwa i pewnego komfortu życia. To także nieustanne budowanie relacji z nimi. Od początku zostałem rzucony na głęboką wodę. Kiedy urodziła się Róża, już po trzech tygodniach zacząłem zostawać z nią sam. Żona wróciła na studia. Było to trudne, bo wcześniej nie miałem kontaktu z małymi dziećmi. Wtedy wiele razy przekraczałem siebie, przekraczałem własne ograniczenia. Dzięki temu moja córka nie miała problemu, by ze mną zostawać, lubiła mnie. Byłem i jestem obecny w jej życiu i w życiu kolejnych dzieci. Dla mnie ojcostwo to uczestniczenie w życiu dziecka od początku. To zaangażowanie na równi z żoną. Panuje przekonanie, że tylko matka jest w stanie zrozumieć własne dziecko. Ja się z tym nie zgadzam. Zwłaszcza przy Róży bywało tak, że ja szybciej rozumiałem jej potrzeby niż Marysia. To skutek tego, że tę relację budowałem od początku. Byłem przy porodzie, przecinałem pępowinę, opiekowałem się nią. Na drugi poród nie zdążyłem dojechać z Warszawy. Byłem przy narodzinach Łucji, które miały miejsce w domu. W naszym domu jest tak przyjęte, że ja kąpię i usypiam dzieci. To nasz rytuał. Niejedyny zresztą.

Co sobie najbardziej cenisz w relacjach z dziećmi, z żoną?

To, że mnie lubią. Dziś rano z trudem wyszedłem z domu. Wszystkie dzieci chciały się przytulać i coś ze mną robić. Mam poczucie, że jestem dla nich ważny. Moje ojcostwo i mój związek z żoną to mnóstwo pracy nad sobą. Mam poczucie, że w naszej relacji oboje wzrastamy, dojrzewamy. Kiedy poznałem Marysię, byłem osobą stojącą z boku Kościoła. W tej relacji się nawróciłem. Marysia pokazała mi zupełnie inny obraz wiary, inny obraz Kościoła – to mi bardzo pomogło. Zacząłem praktykować, modlić się. To pozwoliło nam przetrwać różne problemy, np. utratę pracy w momencie, kiedy wszystkie oszczędności wyłożyliśmy na mieszkanie. Wtedy stwierdziłem, że nie będę się martwił i wszystkie problemy zawierzę Bogu. Czułem jego opiekę – i nie zawiodłem się. Tak było wiele razy. Teraz mam pracę, która pozwala mi jednocześnie zajmować się najmłodszą córką.

Powiedz kilka słów o Waszych dzieciach.

Nasze dzieci to cały wachlarz charakterów. Najmłodsza Łucja jest najspokojniejsza z całej trójki, Maksymilian to chodząca sprężynka z milionem pomysłów, które wdraża w życie. Róża to z kolei to emocjonalna intelektualistka. Ona wszystko wyrzuca na zewnątrz – w tym jest trochę do mnie podobna. Zaskakują mnie. Wszystkie razem i każde z osobna. Fascynują mnie ich pomysłowość i spontaniczność. Zwłaszcza Róża z Maksem. Róża jest niesamowicie kreatywna. Rozbroiła mnie, gdy – widząc mnie przy konsoli – na kartce papieru zaprojektowała kilka gier. Żartujemy, że ona wymyśli teleport, a my go wykonamy. Nic nas nie zdziwi po tym, jak stwierdziła, że ona nie ma szarych komórek. Jej są kolorowe.

Jakim jesteś ojcem i kim jesteś dla swoich dzieci?

Kreuję u nich specyficzny obraz ojca. Gdy ktoś pyta moją żonę, kim jest jej mąż, to gdybym ja miał na to odpowiedzieć, zapytałbym: „A kogo potrzebujesz?”. Mam różne doświadczenia życiowe i odnajduję się w różnych rzeczach. Pracuję w branży IT, która cechuje się dużą zmiennością, wymaga logicznego myślenia, wyciągania wniosków. Jestem też inżynierem, ponadto gotuję i podobno dobrze mi to wychodzi, a ostatnio hobbystycznie robię meble. Znam się też na remontach, interesuję się historią, astronomią, geografią. Wieloma rzeczami się zajmuję, ale przede wszystkim staram się dostosować. Nie zakładam, że czegoś nie jestem w stanie zrobić. Wszystko jest sprawą samozaparcia. Wiele z tych rzeczy wyniosłem z domu. Inspiracją nieraz był dla mnie mój tata. Cieszy mnie, że on jest ze mnie dumny.

Czego życzysz swoim dzieciom?

Wytrwałości w dążeniu do celu. Wiary, by potrafiły pielęgnować relacje z Bogiem. A na później – znalezienia wyjątkowych partnerów życiowych. Wiem, że to nie będzie łatwe. Jak widzisz, mam się o co modlić. O to wszystko proszę, kiedy – kończąc rozmowę z Bogiem – odmawiam „Ojcze nasz”.


agnieszka.napiorkowska@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama