Nowy numer 47/2021 Archiwum

Bóg jedynym ojcem, którego znałem

O dorastaniu bez taty, spowiedziach bez rozgrzeszenia, dzieciach, które uczyły wiary, i nauce modlitwy „Ojcze nasz” opowiada Marek Zadrąg, mąż Anety, tata Zuzanny, Gabrieli i Andrzeja.

Agnieszka Napiórkowska: Jesteśmy w trakcie Roku św. Józefa. Czy opiekun Świętej Rodziny jest Ci bliski? Odkryłeś go już dawno czy dopiero teraz łapiesz z nim kontakt?

Marek Zadrąg: Odkryłem go dawno, nieraz doświadczyłem jego interwencji. Jedna z nich dotyczyła zatrudnienia. Dwa lata byłem już na emeryturze. Strasznie mi się nudziło. Chciałem iść gdzieś do pracy, ale nic się nie kroiło. Znajomi wrócili z Kalisza od św. Józefa i przywieźli mi nabożeństwo „Siedmiu radości i siedmiu smutków św. Józefa”. Odmówiłem je w tej intencji. Za dwa dni dostałem propozycję pracy w Funduszu Sprawiedliwości. Zgodziłem się i do tej pory tam pracuję. Wcześniej św. Józefa odkrywałem dzięki dzieciom i misjonarzom Świętej Rodziny, którzy prowadzili rekolekcje dla ojców. Kiedy Zuzia się urodziła, zacząłem szukać miejsc, w których można zyskać wzorzec, jak być ojcem. Wtedy tylko Kościół miał takie propozycje. Skorzystałem z nich, mimo że z Kościołem nie było mi pod drodze.

Wspomniałeś o tym, że nie miałeś wzorca. Twój tata nie był dobrym przykładem ojca?

Wychowywałem się bez ojca. Mama była partyjniaczką. Pojechała w świat. Opiekę nade mną sprawowali dziadkowie. Moje dzieciństwo nie było zbyt ciekawe. Przypadło na czas komuny. Dziadkowie byli wierzący, babcia prowadzała mnie do kościoła na nowennę. Mama wyznawała inne wartości. Dochodziło między nimi do różnych tarć. Ojca nigdy nie spotkałem. Kiedy byłem w wojsku, powiedziano mi, że przyjechał i chce się ze mną zobaczyć. Wyszedłem, bo była okazja złapać oddech, ale zamiast spotkać się z nim poszedłem na papierosa. Przez tyle lat się ze mną nie kontaktował... Nie miałem potrzeby go poznawać. Wzorcem mężczyzny byli dla mnie dziadek i wujek.

Masz czasem żal do swojego ojca, do Boga?

Już nie. Fakt, że nie widziałem swojego taty, ułatwił mi przebaczenie. Byłem na jego grobie. Modliłem się tam, zapaliłem znicz. Przebaczyłem mu. To dar, za który dziękuję Bogu. Nie mając wzoru ojca, trudno mi było przez lata budować relację z Bogiem. Słowo „ojciec” nic dla mnie nie znaczyło. Ojciec – Rabbi, który mnie prowadził, uczył mnie odkrywania tego, kim jest ojciec, co on robi. On bardzo mi pomógł. Dziś, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że zawsze ojcem był dla mnie Bóg, nawet wówczas, gdy byłem od Niego daleko. On nade mną czuwał, a ja nauczyłem się Mu ufać. „Ojcze nasz” to teraz moja ulubiona modlitwa. Lubię w niej zwrot: „bądź wola Twoja”.

Twoja droga do Boga, do Kościoła była kręta.

Tak, bardzo. W młodości zbuntowałem się i oddaliłem się od Kościoła. Wojsko, praca w policji nie sprzyjały wzrostowi wiary. Wróciłem do Kościoła, jak już wspomniałem, po tym, jak urodziły się dzieci. Pan Bóg przez cały czas mnie zaczepiał. Kiedy Zuzia przygotowywała się do Komunii, by nie było jej przykro, zaczęliśmy chodzić do kościoła. Żyliśmy wtedy w związku niesakramentalnym. Ważnym momentem były rekolekcje dla takich par jak my w Laskach. Tam uświadomiliśmy sobie, że mimo iż jesteśmy grzesznikami, Pan Bóg nas kocha. Odkryliśmy też, że jest dla nas miejsce w Kościele. Zaczęliśmy brać udział w spotkaniach, rekolekcjach. Aneta zaczęła studiować teologię. Pod namową księży złożyła dokumenty do Sądu Biskupiego. Otrzymała stwierdzenie nieważności małżeństwa. To pozwoliło nam wziąć ślub kościelny. Było to dla nas wielkim przeżyciem. Nasze dzieci brały w nim udział. Na dobre wróciliśmy do Kościoła. Ja wcześniej już chodziłem do spowiedzi. Wyznawałem grzechy, obiecywałem poprawę, mimo że nie dostawałem rozgrzeszenia. Robiłem to, bo chciałem w ten sposób pracować nad sobą. Wiem, że dla innych i dla dzieci było to świadectwem.

Jesteś ojcem trojga dzieci. Czym dla Ciebie jest ojcostwo, jak ono Cię zmieniało?

To był, a właściwie jest proces. Od początku miałem świadomość, że będąc ojcem, mogę zniszczyć albo mogę dać dzieciom skrzydła. Bardzo chciałem być dobrym ojcem. Stąd kursy, szkolenia, rekolekcje. Dwie córki są już dorosłe. Syn idzie swoją drogą, ale nie ucieka od Boga. Zawsze starałem się być obecny w ich życiu. Chciałem, by mieli dobre dzieciństwo, by mogli rozwijać swoje pasje. Córkom się już to udało. Zuzia jest prawnikiem, Gabrysia wybrała leśnictwo. Z Andrzejem jeździłem na mecze, bo fascynowała go piłka nożna. Najeździłem się też pociągami, które lubił. Dawałem im siebie. Oni też wiele mnie nauczyli. Cieszę się, że wszyscy dają sobie radę, że chętnie wracają do domu. Podziwiam ich za to, że sami potrafią się motywować, że dążą do celu. Dziś mogę powiedzieć, że jestem spełniony, że ojcostwo to wielka przygoda.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama