Nowy numer 38/2023 Archiwum

Cisi słudzy wieczności

– Dziadek w grobie, wnuczka z relacją na Instagramie – to chyba boli najbardziej. Zwłaszcza gdy godzinę wcześniej patrzysz na matkę, która żegna po raz ostatni swojego nastolatka. Widzimy więcej, słyszymy to, czego nikt nie chce słuchać, a przy tym chcemy być niewidzialni – mówi Artur Gabarczyk.

U progu Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego nasze myśli biegną ku świętości, ale i przemijaniu. Refleksja o najbliższych, którzy odeszli, łączy się z nadzieją, że są już obok Najwyższego. Temat śmierci dla wielu jest trudny, niewygodny, „do przemilczenia”, ale są tacy, którzy w milczeniu codziennie się z nią spotykają, a temat przemijania, grobu i pochówku jest ich pracą. Grabarze – cisi słudzy w ostatniej drodze, którzy słuchają największego żalu, widzą to, czego często nie dostrzegają kapłani i żałobnicy; których nikt nie przygotowuje do zawodu. Nieraz słyszą, że „kopać dołki to każdy potrafi”, ale przecież nie każdy potrafi pochować 15 osób dziennie, spotkać się z rodzinami zmarłych i wrócić do swoich bliskich, dając z siebie 100 proc. w obowiązkach domowych.

Doceniłem, gdy doświadczyłem

Grzegorz jest grabarzem od 33 lat. – Wiele się przez ten czas zmieniło. Ja się zmieniłem. Pracę na cmentarzu zacząłem z przymusu... kuratora. Młodość miałem huczną, tuż przed osiemnastką trochę poszalałem, drobny rozbój, ale kara drobna nie była. Prace społeczne i przydzielili mnie na cmentarz. Miałem tylko doły kopać, kwatery bielić i gdy dużo pogrzebów było, to czasem kazali przysypać trumnę, rzadko kiedy murować. To kopanie dołów było najłatwiejszym zadaniem. Męczącym, ale fizycznie. Najgorsze było grzebanie ciał, a raczej patrzenie na ból bliskich. Do końca życia nie zapomnę pogrzebu młodego ojca.

Odepchnął swoją córkę, sam wpadając pod samochód. Kierowca był pijany, ale miał odwagę przyjść na pogrzeb. Ta dziewczynka – miała wtedy może z 6 lat – najpierw podeszła do trumny i powiedziała: „Tatusiu, przygotuj nam w niebie mieszkanko, bo kiedyś z mamą cię odwiedzimy”. Potem z matką podeszła do tego kierowcy i gdy kobieta przyłożyła mu w twarz, ta dziewczynka podała mu swoją przytulankę, mówiąc, że wie, iż pójdzie do więzienia, i żeby nie czuł się sam, oddaje mu misia. Trzy dni dochodziłem do siebie po tej akcji i wtedy doceniłem wszystkich grabarzy, bo uświadomiłem sobie, że oni takich „obrazków” mają na co dzień wiele, najróżniejszych. Sam tego później doświadczyłem. Nawróciłem się przy tych wszystkich pogrzebach, przy kolejnych kapłanach, których spotykałem, przy rodzinach, które krzyczały: „Gdzie w tym wszystkim Bóg?!”. Ja Go znalazłem w tym cierpieniu, samotności i wiem, że dla każdego ma plan. Idealny. Zostałem w zawodzie z szacunku do życia – tego na ziemi i tego wiecznego. Ktoś musi „przeprowadzać” zmarłych na drugą stronę. Za każdego człowieka, którego chowam, modlę się razem z jego bliskimi. Modlę się też za dusze w czyśćcu cierpiące, bo wiele się dowiaduję przy okazji pogrzebów – chcąc nie chcąc – i wiem, że wiele z nich potrzebuje modlitwy – mówi Grzegorz.

Buduję domy

Na przestrzeni lat wiele się zmieniło. Także posługa, obowiązki i postrzeganie grabarzy. I o ile postęp techniczny z pewnością pomaga w wykonywaniu obowiązków, o tyle o postępie psychologicznym, emocjonalnym grabarze niechętnie opowiadają. – O czym tu mówić? Wiadomo, że człowiek się przyzwyczaja w pewien sposób do tego, że grzebie zwłoki. Nie widzimy ich, bo my przejmujemy trumnę, urnę, ale nie da się pracować tak, by ominęły nas ludzkie tragedie, historie. I to w człowieku gdzieś zostaje – mówi Mariusz Podolski. Grabarz przyznaje, że najtrudniejsze były nie początki pracy, ale czasy, gdy poznał swoją żonę Magdalenę oraz gdy pojawiły się dzieci – Karol i Justyna. – Gdy poznałem Madzię, już „kopałem dołki”. Głupio powiedzieć dziewczynie na pierwszej randce, że jest się grabarzem – dziś opowiada z humorem, lecz wtedy mierzył się z wieloma trudnościami.

– Zapytała, czy pokażę jej swoje miejsce pracy... Zabrałem ją na cmentarz. Tam łatwiej było mi wyjaśniać, opisywać. Ku mojemu zaskoczeniu nie uciekła. Zrozumiała, że dla mnie to też rodzaj służby w ostatniej drodze na ziemi. Ale gorsze było powiedzieć o tym dzieciom, gdy szły do przedszkola i chciały się pochwalić, co robi tata. Mama jest księgową, a tata... „buduje domy” – tak im kazałem mówić. Sam tłumaczyłem sobie przez dwa lata pracy, że nie kopię kwater, tylko buduję domy na wieczność. Są fundamenty, ściany, potem dach. Dzieci dziś nie mają problemu z tym, że ojciec jest grabarzem, choć nie jest to zawód jak każdy inny – opowiada pan Mariusz. O tym, że to nie zawód, a służba, mówi większość grabarzy. – Są tacy, którzy beznamiętnie podchodzą do roboty. Zadaniowo. To ich postawa najczęściej jest opisywana w żartach, powiedzeniach, czarnym humorze w stylu: „Coś w tym jest – powiedział grabarz, potrząsając trumną”. Ale to nie jest lekceważący stosunek do pracy, a raczej mechanizm obronny, by nie „rozkładać się” po każdym pogrzebie, choć „rozkładać się” to też, według wielu, branżowy zwrot. Sam do tej pracy podchodziłem zadaniowo, ale to mnie uchroniło przed depresją – wspomina Artur Gabarczyk.

– Najgorsze były pogrzeby dzieci. Ojcowie bardzo często mają taką potrzebę zaniesienia trumienki swojego dziecka i złożenia jej do grobu. Pierwszy taki pogrzeb był dla mnie ciosem w samo serce. Miała 3 dni, gdy zmarła. Ryczałem, bo nie można było tego płaczem nazwać, razem z rodzicami Paulinki. Do dziś, gdy jestem na pogrzebie dziecka – mimo że mam określony czas, w jakim powinienem schować trumnę, zamurować grób – rodzicom maluchów daję więcej czasu, jeśli tego potrzebują. Nam się wydaje, że to trzeba szybko zamknąć, mniej będzie bolało. Nieprawda. Są tacy, którzy nad trumną wypowiadają jeszcze ostatnie słowa, trzeba im na to pozwolić. I nie chcę zawodu grabarza podnosić do rangi Bóg wie kogo, naszej roli do roli psychologów – no nie, ale w sumie to my jesteśmy do ostatnich chwil z żałobnikami i widzimy znacznie więcej niż kapłani czy rodzina – dodaje Artur.

Obserwatorzy społeczeństwa

Grabarze na cmentarzu są codziennie. Do ich obowiązków należy przygotowywanie miejsc pochówku, sprawdzanie stanu nagrobków, dbanie o przestrzeń cmentarną, ale także wskazywanie miejsc spoczynku rodzinom zmarłych, rozmowy z nimi, dokumentacja cmentarna, a co za nią idzie – współpraca z zakładami pogrzebowymi, parafiami i instytucjami miejskimi. – Zdarzają się pogrzeby NN. Wtedy jesteśmy w sumie tylko my, kapłan i ktoś z miasta, kto odbierze zaświadczenie o pochowaniu w danym miejscu – wyjaśniają grabarze.

– To przykre, ale nie aż tak jak widok znudzonej nastolatki na pogrzebie własnego dziadka, rodziny, która rozdziela majątek, zanim my zdążymy poukładać wieńce, czy dzieci oglądających bajki na telefonach, podczas gdy rodzina pilnuje, czy aby na pewno dobrze zamurowaliśmy, prosto wbiliśmy krzyż, a tabliczka nie jest zarysowana – dodają. Zgodnie potwierdzają, że technologia widoczna jest nawet na cmentarzu. I nie chodzi o ułatwienie pochówku przez użycie tzw. wind, dzięki którym grabarze nie muszą na pasach wpuszczać trumny do grobu, mowa tu nie o muzyce żałobnej z głośników, a o zmianach w społeczeństwie wywołanych elektroniką. Kiedyś zrobienie zdjęcia na cmentarzu miało raczej charakter dokumentujący – zazwyczaj gdy umierał ktoś znany, sławny. Teraz widzimy, że wiele osób takie chce mieć.

Po co? – nie mamy pojęcia, ale to coraz częstszy trend. „Trendem” są też pierwsze dni listopada. – Szał, dziki szał na cmentarzach. Nagłe sprzątanie, przegląd wiązanek, prześciganie się w pomysłach, dziesiątki świateł przez 3 dni, a potem... przeważnie rok ciemności. Co roku mamy z tego „ubaw” przez łzy. Modlitwa jest najważniejsza, owszem, ale widoczna pamięć jest tu, na cmentarzu. Dbajmy o nią nie tylko od święta – proszą grabarze.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Quantcast