Nowy numer 39/2022 Archiwum

Dwa dni u Mamy

Jest taki czas, kiedy nie można zostać w domu. Miłość przynagla do tego, by wstać, spakować plecak i ruszyć w drogę. W Miedniewicach na swoje dzieci czeka najlepsza Matka i Gospodyni, z której domu nikt nie wychodzi głodny, niepocieszony.

Pierwszego dnia sierpnia wierni z diecezji łowickiej pielgrzymowali do sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej na doroczny odpust połączony z obchodami 78. rocznicy powstania warszawskiego. Wychodząc m.in. z Łowicza, Sochaczewa, Skierniewic, Żyrardowa, Błonia, Mszczonowa, Warszawy, dziękowali Bogu, że po przerwie spowodowanej pandemią znów bez ograniczeń mogą wspólnie pielgrzymować. W drogę wyruszyli kapłani, siostry zakonne, rodziny, małżeństwa, osoby samotne. Wszyscy już po kilku krokach stali się dla siebie siostrami i braćmi, chętnymi do wzajemnej pomocy. Idąc, jedni nieśli drugich: słowem, uśmiechem, modlitwą.


Jest za co dziękować

Szli pieszo w kompaniach, w małych grupach, jechali rowerami, autami. Po drodze nie tylko modlili się, słuchali konferencji, śpiewali, ale także opowiadali sobie o tym, jak Maryja pomogła im znaleźć męża, żonę, jak ocaliła życie, małżeństwo, jak czuwała, gdy chorowali, błądzili, płakali. O swojej Matce opowiadali i młodzi, i ci, którzy do Jej domu przychodzą po raz
3., 20., 30., 40...

– Do tutejszej Matki zaczęłam przychodzić jeszcze przed swoją I Komunią św. To będzie jakieś 60 lat temu – mówi Janina Błażejewska. – Już jako dziecko bardzo przeżywałam ten czas. Chodzili z nami bardzo rozmodleni kapłani. Wówczas pielgrzymowało dużo więcej osób. Mieliśmy swoje tradycje, pieśni, modlitwy. Niesiony był łowicki kocioł, w który bębniono. Pamiętam czasy, gdy proboszczem był ks. Józef Zawitkowski, późniejszy biskup. Ciągle w uszach brzmią mi poruszające apele poległych, prowadzone przez nieżyjącego już ks. Jana Sochalę. Idąc, nieśliśmy kwiaty, które potem składaliśmy w hołdzie poległym powstańcom – wspomina pani Janina.

Pątniczka nie ukrywa, że w życiu wszystko, a zwłaszcza wiarę, zawdzięcza Maryi. – Pielgrzymuję do Niej tu i do Częstochowy. Ona przeprowadziła mnie przez wiele trudnych sytuacji w życiu. 6 lat temu miałam potężny pożar domu. Bardzo dużo dobytku spłonęło. W tamtym czasie od ludzi, z którymi pielgrzymuję, dostałam bardzo wiele miłości, wsparcia. Wiem, że to Ona nimi kierowała. Była przy mnie także w czasie choroby męża. Jest, gdy opiekuję się sparaliżowanym po wypadku synem. Z każdej sytuacji wyprowadza dobro, dlatego każdego roku przychodzę, by Jej dziękować i prosić – wyznaje J. Błażejewska.

W sanktuarium w maleńki obraz Maryi, Józefa i Jezusa wpatrują się także panie Elżbieta i Marianna. One też dobrze znają tutejszą Świętą Rodzinę. – Za młodych czasów przyjeżdżaliśmy tu całymi rodzinami na Zielone Świątki. Wujek zaprzęgał wóz, wykładał go kocami. Było fajnie, to była niezwykła przygoda. Spędzaliśmy tu cały dzień. Od tamtego czasu bardzo lubię z Nią rozmawiać, tak jak kobieta z Kobietą, jak matka z Matką – przyznaje pani Ela.

Wozy, tłumy i gorliwe modlitwy przodków dobrze pamięta także pani Marianna. Który raz jest na odpuście, nie potrafi zliczyć. – Przyjeżdżam tu od lat. Patrzę, jak zmienia się pobożność wiernych. Dziś jest nieco inaczej niż za mojej młodości. Czy lepiej? Trudno powiedzieć. Ja w każdym razie, gdy tu jestem, polecam Maryi wiele spraw i osób, m.in. swoją córkę, która przerosła mnie pobożnością i wstąpiła do zgromadzenia. Czuję, że nade mną czuwa opatrzność Boża. Dziękuję za błyskawiczny przeszczep, na który nie czekałam latami, a tylko 16 dni. Jest za co dziękować – mówi pątniczka.

Wśród pielgrzymów nie brakowało też dzieci, młodzieży. Ich świadectwa na: lowicz.gosc.pl.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy