Parafia pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Lubochni tętniła życiem od samego rana. Po każdej Eucharystii wierni wychodzili z kościoła z pudełkami ciast, ale tak naprawdę zabierali ze sobą coś więcej - poczucie, że mogą komuś podarować nadzieję. Dochód ze sprzedaży wypieków przeznaczono na operację Anastazji z Tanzanii, 9-letniej dziewczynki cierpiącej na poważne deformacje nóg i miednicy. Wypieki przygotowali m.in. mieszkańcy sołectw Lubochnia, Lubochnia-Górki, Jakubów, Henryków, Nowy Olszowiec i Emilianów.
Cel był jeden - pomóc Anastazji. Choroba sprawia, że każdy krok jest dla niej bólem. A jednak dziewczynka należy do najlepszych uczennic w swojej szkole. Marzy, by zostać pielęgniarką i pomagać innym.
O jej historii opowiedziała parafianom s. Wiktoria Goska, elżbietanka pochodząca z Lubochni, która od lat pracuje w Tanzanii. To właśnie ona poprosiła rodzinne strony o pomoc. I wtedy uruchomiło się dobro. - Misje są obecne w naszej parafii od dawna. To nie jest jednorazowy zryw - podkreśla Dariusz Małek, główny organizator wydarzenia, człowiek, którego mieszkańcy nazwali "sercem i mózgiem" całej akcji. - S. Wiktoria działa tam jak komandos w habicie na pierwszej linii frontu. Pracuje w szpitalu, walczy o ludzi, ale bez wsparcia z Polski niewiele mogłaby zrobić. My jesteśmy takim przedłużeniem jej rąk - tłumaczy.
Jak przyznaje, parafia od lat wspiera Tanzanię. Wysyłane są paczki z ubraniami, organizowane są kiermasze i misyjne zbiórki. Tym razem jednak wszystko nabrało wyjątkowego rozmachu. - Kiedy siostra opowiedziała nam o Anastazji, wiedzieliśmy, że trzeba działać szybko. Koszt operacji to ok. 30 tys. zł. Dla nas to dużo, ale tam - kwota praktycznie nieosiągalna. A czas nagli - mówi. - Zacząłem pukać do różnych drzwi. I nagle okazało się, że ludzie sami chcą pomagać. Sołectwa piekły ciasta, szkoła się zaangażowała, młodzież przygotowała koncert. To wszystko działo się trochę samo - opowiada.
Anastazja dzięki pomocy z Lubochni może liczyć na powrót do sprawności i zdrowia.
Agnieszka Napiórkowska /Foto Gość
Wydarzenie stało się pięknym świadectwem realizacji hasła roku duszpasterskiego "Uczniowie-misjonarze". W Lubochni misjonarzami okazali się wszyscy - także ci, którzy nigdy nie wyjadą do Afryki.
Po południu serce akcji przeniosło się do Gminnego Centrum Kultury. Sala zamieniła się w kwitnącą łąkę. Wśród kwiatów stanęła kapliczka poświęcona Matce Bożej. Na początku koncertu dzieci i młodzież odśpiewały Litanię Loretańską przy akompaniamencie specjalnie utworzonej orkiestry.
- Staraliśmy się połączyć część duchową i artystyczną - mówi D. Małek. - Chcieliśmy, żeby to było po prostu piękne. Żeby wdzięczność dla darczyńców była prawdziwa - dodaje.
Na scenie pojawiali się młodzi wykonawcy z Lubochni i Tomaszowa Mazowieckiego. Wielu z nich działa w Ruchu Światło-Życie i od lat angażuje się w akcje misyjne. - Impuls wyszedł od mojego taty - opowiada Celina Małek. - On organizował starszych, a ja zaczęłam zapraszać młodzież. Wszyscy, którzy pojawili się na scenie, to nasi przyjaciele. Chcieliśmy nie tylko zrobić koncert. Chcieliśmy pokazać, że dobro może jednoczyć ludzi.
Celina dodaje, że atmosfera przygotowań była wyjątkowa. Nikt nie liczył czasu ani wysiłku. - To było niesamowite doświadczenie. Człowiek czuł, że robi coś naprawdę ważnego - podkreśla.
Podobnie mówi Igor Warda. - Kiedy Celina przyszła i powiedziała, że organizujemy koncert dla Anastazji, od razu się ucieszyłem. A kiedy usłyszałem, że mogę zaśpiewać, byłem naprawdę szczęśliwy. Wcześniej też pomagaliśmy przy kiermaszach misyjnych. Robiliśmy to, bo czuliśmy, że to ma sens - zaznacza.
Dla Filipa Kwapisza udział w akcji stał się czymś więcej niż jedynie koncertem. - Misjonarz to nie tylko ktoś, kto wyjeżdża do Afryki. To także człowiek, który ma w sercu przekonanie, że ktoś może go potrzebować. W klasie, parafii czy na drugim końcu świata. Takie akcje uczą empatii - tłumaczy.
Z dumą o całym przedsięwzięciu mówi także Łucja Olczak, należąca do koła misyjnego. - Bardzo się cieszę, że nam się to wszystko udało. To pokazuje, że razem naprawdę możemy dużo zrobić! - zapewnia.
Właśnie koło misyjne stało się zaczynem całego dzieła. Od prawie 10 lat formuje dzieci i młodzież do wrażliwości na potrzeby misji. - Najstarsze dzieci są dziś już maturzystami - opowiada Marzena Małek, opiekunka grupy. - Wielu przeszło później do oazy, ale nadal pomagają. Kiedy organizujemy akcję, zawsze mogę na nich liczyć - zaznacza.
Jak podkreśla, przez lata udało się stworzyć coś więcej niż grupę wolontariuszy. - To jest uczenie dzieci wrażliwości. One dojrzewają z przekonaniem, że dobro jest czymś naturalnym. Zaczęliśmy od kiermaszu wielkanocnego, później pojawił się pomysł koncertu. I tak, krok po kroku, rozrosła się cała akcja - opowiada.
Także szkoła od początku wspierała misyjne działania. - To jest wpisane w wychowanie - podkreśla Agnieszka Bernaciak, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Lubochni. - Dziś bardzo trudno o takie wartości, jak empatia czy bezinteresowność. Szkoła powinna być miejscem, gdzie dzieci uczą się wrażliwości na drugiego człowieka - przypomina.
Do akcji włączyli się również mieszkańcy gminy. Michał Kubryn, radny i mieszkaniec Lubochni, nie ukrywa, że wydarzenie miało dla niego wymiar osobisty. - Darek jest moim kuzynem, znam też s. Wiktorię. Dlatego czułem wręcz obowiązek, żeby się zaangażować - mówi. - Ale najpiękniejsze było to, że ludzie naprawdę chcieli być razem. Ktoś gotował zupę, ktoś piekł ciasto, dzieci mogły pokazać swoje talenty. W pewnym sensie wszyscy staliśmy się misjonarzami - mówi z dumą. W jego słowach wybrzmiewa prosta prawda: dobro jednoczy bardziej niż jakiekolwiek hasła.
Nie ma co do tego wątpliwości także Justyna Łomża, dyrektor Gminnego Centrum Kultury. - Kiedy pan Darek przyszedł z pomysłem, od razu wiedzieliśmy, że chcemy w tym uczestniczyć - mówi. - Pracy było bardzo dużo, ale ludzi do pomocy nie brakowało. Dla nas te 30 tysięcy potrzebne na operację nie jest kwotą nie do zdobycia. Jeśli wszyscy się zaangażujemy, damy radę - dodaje.
Najbardziej poruszającym momentem koncertu okazał się film przesłany z Tanzanii przez s. Wiktorię. Na ekranie pojawiła się Anastazja - uśmiechnięta mimo bólu, pełna marzeń i nadziei. W sali zapadła cisza. Wielu ocierało łzy.
I może właśnie wtedy wszyscy zrozumieli, że misje nie zaczynają się w Afryce. Zaczynają się w sercu człowieka. Przy kuchennym stole, podczas pieczenia ciasta. W sali prób i zwyczajnym pytaniu: "Jak mogę pomóc?".








