• facebook
  • rss
  • Wio i hulaj dusza!

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 32/2013

    dodane 08.08.2013 00:00

    Emeryci na rowerach. – Nie ma co szaleć. Jesteśmy już po sześćdziesiątce, ale mamy w rowerach takie przełożenia, że podjedziemy pod każdą górę – mówi pani Ola.

    Aleksandra i Wacław Wnukowie, małżeństwo z Łowicza, uwielbiają jeździć na rowerach. Podczas swoich wypraw przejechali ponad 150 tys. km. W zeszłym roku wybrali się na rajd dookoła Polski. Dosłownie, gdyż trasa przebiegała wzdłuż granic naszego kraju. Wymarzony rajd popsuły tylko ulewne deszcze, które zmusiły małżonków do pominięcia niewielkiej części trasy w Bieszczadach. Brakujący odcinek przejechali w tym roku.

    Podstawa to osprzęt

    Początki przygody rowerowej państwa Wnuków sięgają 1987 r. Wówczas na każdą wyprawę wyjeżdżali całą, 5-osobową rodziną. Najmłodszy cyklista Piotr liczył 9 lat, Tomek – 12, a Ewa – rok więcej. – Jeździliśmy na rowerach, jakie wtedy były dostępne – opowiada A. Wnuk. – Syn dostał na Komunię ruską kamę. Tak strasznie ciężko chodziła! Jechało się na niej jak na rozżarzonych węglach. Miała strasznie niewygodne siedzenie. Kiedy wybraliśmy się do Wyszogrodu, każdy z nas jechał nią po kawałku, ale już w drodze powrotnej ten „zaszczyt” przypadł tylko mnie. Na każdy rowerowy wypad trzeba było w domu przygotować kanapki, ciasto i kilka litrów herbaty. Wówczas nie można było liczyć na zakupy w przydrożnym sklepie, bo na półkach sklepowych królował ocet. Wycieczki były jednodniowe, a trasy na miarę ówczesnych możliwości członków rodziny, czyli dosyć krótkie. Wnukowie zwiedzali miejsca w pobliżu Łowicza. Z roku na rok powiększał się zasięg rowerowych wypadów, nawet sporadycznie zdarzały się etapy w granicach 100 km. Wtedy to był nie lada wyczyn. Dziś Wnukowie po kilkunastu latach jeżdżenia mają niezłą kondycję i etapy 200-kilometrowe nie są rzadkością. Systematyczne przesuwanie granic możliwości, zarówno pod względem długości, jak i trudności tras, przygotowało ich do dłuższych wypraw. Sprawili sobie też lepsze jednoślady. – Mam rower składany na zamówienie. Rama turystyczna, osprzęt kolarski. Poprzedni też był dobry, ale jak pojechaliśmy do Przemyśla, a tam już było sporo wzniesień, jadąc pod jedną z górek, nie mogłam przerzucać łańcucha na inną zębatkę. Mąż przerzucał i jechał, a ja musiałam zsiąść z roweru i podejść kilkaset metrów. Gdy wróciliśmy, stwierdziłam: „O, nie! Przecież nie będę na takich wyprawach chodzić pieszo!”. Od razu mąż zamówił nowy rower. Teraz, jak jadę, to słyszę głosy: „O! Ale ma pani sprzęcicho!” – mówi pani Ola. – Najważniejszy jest osprzęt – dodaje pan Wacław. – Kiedyś podeszła do nas ładnie ubrana kobieta. Twarz skądś znana. Dopiero po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że to Maja Włoszczowska, medalistka olimpijska w kolarstwie górskim. Popatrzyła na nasze rowery i stwierdziła z uznaniem: „Na takich to można jechać!”.

    Czas na góry

    Jazda znanymi drogami okolic Łowicza stała się z czasem dla państwa Wnuków zbyt monotonna. Dojrzeli do tego, by pojechać zdecydowanie dalej. Chcieli poznać zarówno przyrodę, jak i zabytki w innych częściach Polski. Przez kilka kolejnych lat na wielodniowe wyprawy udawali się ze znajomymi. Wyjeżdżali głównie nad morze i na Mazury. Z roku na rok coraz śmielej przemierzali najeżone pagórkami pojezierza. Wtedy jeszcze nie marzyli o wyjeździe w południowe rejony Polski, a tym bardziej w góry. W sierpniu 2002 roku pan Wacław został zwolniony z pracy i przeszedł na zasiłek przedemerytalny. Stracił kontakt z kolegą z pracy, z którym Wnukowie wspólnie podróżowali. Na następną wyprawę małżonkowie pojechali już sami. Okazało się to bardzo dobrym pomysłem. We dwoje lepiej się im podróżuje. Z czasem nadszedł czas na trudniejsze górskie trasy, które małżonkom przypadły do gustu. – Bywały takie dni, że było bardzo gorąco. Jedziemy w samych podkoszulkach. Pot się leje po plecach, a tu nagle taaaki zjazd. I tylko patrzymy, czy nawierzchnia dobra. Jak jest, to hulaj dusza! Wio i na dół! Gdy się zjedzie, to podkoszulek jest już suchy – mówi pan Wacław. – Mąż zawsze jedzie pierwszy, bo szybciej zjeżdża. Bywa, że spoglądam, czy to droga, którą mam zjechać. Upewniam się, gdy gdzieś w oddali mignie głowa męża. Jest cięższy i ma bardziej obładowany rower. Masa go tam niesie – śmieje się pani Ola.

    Dookoła Polski

    W podróż wzdłuż granic Polski planowali wybrać się już wcześniej. – Gdy mąż przeszedł na emeryturę pomostową, powiedział do mnie: „Wiesz, co? Na przyszły rok pakuję manatki. Wyjeżdżam na początku wakacji i wracam na jesieni”. Uprosiłam go, żeby poczekał na mnie, jak ja przejdę na emeryturę. Ale i tak na realizację naszych planów musieliśmy jeszcze poczekać. Pomagałam córce w wychowywaniu bliźniaków, a mąż przy budowie i wykańczaniu domów synów – mówi A. Wnuk. Trasa już była przygotowana. Tak, jak w czasie innych wielodniowych wypadów, wiodła przez ciekawe miejsca, na których spotkać można nie tylko zabytki architektury, ale i podziwiać malowniczy krajobraz. Nie dopisała tylko pogoda. Lato roku 2011 było deszczowe. W podróż swoich marzeń Wnukowie wyruszyli rok później. Nocowali w schroniskach i na plebaniach. Wśród księży, którzy ich przyjmowali, było wielu zapalonych rowerzystów. Tylko w Dębicy spotkali się z nieprzychylnym przyjęciem, ale to był wyjątek od reguły. – Gdyby nie sieć schronisk, jakimi są plebanie, to byśmy tej Polski nie objechali. W domach turystycznych czy hotelach są malutkie pokoiki, w których nie ma miejsca na rower. Zdarzało się, że nie chciano nas przez te rowery przyjąć – tłumaczy pani Ola. W czasie miesięcznej wyprawy mieli tylko dwa dni odpoczynku. Pogoda też nie rozpieszczała, zdarzyło się, że przez cały dzień padało. W Bieszczadach musieli przez nieprzejezdną drogę zmienić trasę. Nadrobili to w tym roku, odwiedzając m.in. Komańczę, miejsce internowania prymasa Wyszyńskiego. W czasie swoich wypraw starali się odwiedzać sanktuaria i inne ważne miejsca kultu. Po noclegu na plebanii obowiązkowa była poranna Msza św. Bez uczestnictwa w niej nie wyruszali na kolejny etap swojego rajdu. Podróżowania nie ułatwiały ścieżki rowerowe. W większości zbudowane z betonowej kostki nie nadają się do całodziennej jazdy, a nawet stwarzają niebezpieczeństwo, gdy pośrodku takiej trasy znajdą się słupy energetyczne. Niesprzątane stanowią pułapkę dla rowerzystów. Prawo nakazuje im jeździć po takiej ścieżce, a nie po biegnącej obok asfaltowej jezdni. Dla pani Aleksandry skończyło się to najechaniem na gwóźdź, który wbił się w oponę aż po obręcz. Osobom odpowiedzialnym za budowę takich ścieżek Wnukowie proponują podpatrzeć, jak to robią nasi zachodni sąsiedzi. Tam asfaltowa droga dla rowerów jest normą. W Polsce tylko wyjątkiem. Nie zrażając się tym, mają w planach już kolejną rowerową wyprawę. Tym razem chcą bliżej poznać Białystok i okolice. Od roweru urlopu nie mają. Dla nich sezon rowerowy trwa od stycznia do grudnia.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół