• facebook
  • rss
  • Żeby wandale nie wrócili

    Marcin Kowalik

    |

    Gość Łowicki 49/2013

    dodane 05.12.2013 00:00

    – Chodziło nam o to, żeby związać sochaczewian z miastem. To jest ich zamek – mówi Łukasz Popowski.

    Czasy świetności Sochaczewa wiążą się z okresem, kiedy przebywali tu książęta mazowieccy. Mieszkali w zamku obronnym, jednej z nielicznych w XIV w. warowni murowanych na Mazowszu. Dziś po zamku niewiele zostało. Nawet ruiny, które widać na wzgórzu nad Bzurą, to resztki późniejszej, XVII-wiecznej budowli. Mimo to grupa zapaleńców postanowiła przywrócić temu miejscu, w którym bywali również królowie Polski, swój wyjątkowy charakter. – Nam zawsze o to chodziło, żeby związać sochaczewian ze swoim miastem – mówi Ł. Popowski, prezes Stowarzyszenia na rzecz Historycznej Odbudowy Zamku w Sochaczewie „Nasz Zamek”.

    – Najlepiej to robić poprzez odzyskanie lokalnej tożsamości, która bazuje na przywiązaniu do zabytków, symboli i historii miasta. Dlatego często używamy skróconej nazwy stowarzyszenia „Nasz Zamek”, żeby uświadomić mieszkańcom, że to ich miejsce i ich zamek. Powinni być z niego dumni, utożsamiać się z nim i być za niego odpowiedzialni. Po latach starań udało się dzięki dotacji unijnej przeprowadzić niezbędne prace konserwatorskie. Skarpa została zabezpieczona przed osuwaniem się, a ruiny bardziej uwidocznione. Teraz na wzgórze zamkowe można dostać się schodami lub utwardzoną ścieżką prowadzącą na dziedziniec. Ten został wybrukowany. W niczym nie przypomina miejsca, które jeszcze kilkanaście miesięcy temu odpychało. Nie ma już napisów na zabytkowych murach, nie walają się butelki po alkoholu. To sprawia, że miejsce coraz chętniej odwiedzają mieszkańcy. – Pamiętam, jak w dzieciństwie zjeżdżałem ze wzgórza na sankach – mówi pan Andrzej, który przyszedł zwiedzać ruiny wraz z żoną. – Wtedy jeszcze mury były bardziej okazałe, z czasem to niszczało. Cieszę się, że jest to ładnie zabezpieczone, ale obawiam się, że wkrótce wandale dadzą znać o sobie. – Jestem w stanie sobie wyobrazić, że – mimo monitoringu i ochrony – ktoś może się połasić na jakieś elementy wyposażenia. Jednak ma to być miejsce ogólnodostępne i taki był cel naszych działań – mówi Ł. Popowski.

    Nie było łatwo przekonać włodarzy miasta do pomysłu uporządkowania wzgórza zamkowego i zabezpieczenia go przed dalszym niszczeniem. Problemem były pieniądze. Budżet miasta nie udźwignąłby finansowania prac konserwatorskich. Pojawiały się propozycje prywatnych inwestorów, ale wtedy wzgórze nie byłoby już dostępne dla wszystkich. Grupa sochaczewian, skupiona wokół Ł. Popowskiego, zdawała sobie sprawę, że jedyną szansą na zrealizowanie ich pomysłu jest zdobycie pieniędzy unijnych. Udało się. 11 listopada wzgórze zamkowe ponownie zostało otwarte dla zwiedzających. Realizacja całego projektu kosztowała 5 mln zł. Prawie milion dołożyło miasto. Wcześniej przeprowadzono kompleksowe prace archeologiczne. – Wiemy teraz tyle o tym zamku, że prawdopodobnie wydamy o nim książkę. Będzie to publikacja monograficzna, którą stworzę wspólnie z Tomaszem Olszewskim, kierownikiem badań archeologicznych – mówi Ł. Popowski. W planach jest częściowa odbudowa ruin. – Należałoby w jakimś stopniu odtworzyć otoczenie zamku, w tym drewniany most, a na samym zamku powinien zostać odbudowany parter zachodniego skrzydła. Tam mogłaby się mieścić stała ekspozycja historyczna. Póki nie wprowadzimy na wzgórze życia na stałe, będzie zagrożenie dewastacjami. Ale najpierw trzeba zobaczyć, czy to, co zaproponowaliśmy mieszkańcom, przyjmie się czy umrze śmiercią naturalną. Z drugiej strony, przed nami ostatni tak duży budżet unijny i mamy ostatnią szansę, żeby skorzystać z dotacji. Warto, żeby te prace, które już zostały wykonane, zamknąć na dalszym etapie – dodaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół