• facebook
  • rss
  • Urzekła mnie jej słabość

    Monika Augustyniak

    |

    Gość Łowicki 42/2014

    dodane 16.10.2014 00:00

    O tym, jak święta upomina się o swoich czcicieli, o ludziach z jednej łódki i pragnieniu, którego nie sposób zrozumieć, ale można przeżyć, z Agnieszką Feliniak rozmawia Monika Augustyniak.

    Monika Augustyniak: W Niedzielę Misyjną myśli i modlitwy wędrują w stronę tych, którzy postanowili oddać swoje życie, niosąc pomoc tam, gdzie warunki życia są znacznie trudniejsze niż u nas. Modlimy się za nich za wstawiennictwem św. Tereski od Dzieciątka Jezus, patronki misji. Wiem, że przyjaźni się Pani z tą świętą. To stara znajomość?

    Agnieszka Feliniak: Myślę, że wszystko zaczęło się od momentu mojego chrztu św. w kościele pod jej wezwaniem. Co prawda, miałam wtedy miesiąc i nic nie pamiętam, jednak kiedy słucham opowieści ludzi związanych ze św. Tereską, wszyscy wspominają, a to o jakimś obrazku z jej podobizną, a to o babci, która się do niej modliła. Tak, jakby święta upominała się o swoich czcicieli i sama ich do siebie przyciągała. Dość szybko wyprowadziliśmy się z pierwszej parafii, ale moi rodzice bardzo dbali o moją wiarę. Codziennie odprawialiśmy jakieś nabożeństwo – Różaniec, litanię, Drogę Krzyżową lub inne. Całą rodziną. Moja babcia zawsze chodziła z różańcem. Kiedy moi rodzice posprzeczali się, wieczorem i tak klękali razem przed ołtarzykiem. Nie pamiętam w domu obrażania się, cichych dni. Nauczyli mnie też tego, że w drodze do szkoły wstępowałam do kościoła, tak na chwilkę, klękałam w progu i mówiłam Jezusowi „dzień dobry”. A ponieważ zawsze czułam się bardzo słaba, miałam problemy z koncentracją, w szkole nie radziłam sobie najlepiej, wolno pracowałam, dodawałam do tego powitania: „Jestem taka słaba, tak bardzo Cię potrzebuję”. Wtedy wydawało mi się, że przez tę moją słabość muszę jeszcze ciężej pracować, by zasłużyć sobie na niebo. Dopiero relacja św. Tereski z Bogiem uświadomiła mi, że to nieprawda.

    Zaprzyjaźniła się z nią Pani jeszcze jako mała dziewczynka?

    Nie, po jej „Dzieje duszy” sięgnęłam jako 28-letnia kobieta. Byłam wtedy katechetką i w szkole poznałam ks. Ludwika Nowakowskiego, obecnego moderatora Misji św. Tereski. Przeczytał kiedyś artykuł o tejże misji we Francji, która modli się za kapłanów. I pomyślał sobie: „Wychowałem tylu kapłanów, teraz trzeba się jeszcze za nich modlić”. Skontaktował się z ks. Brunonem Thévenin, poznał jego piękną historię związaną z modlitwą za księży i sam założył misję. Zaprosił mnie, bym z nim współpracowała. Ja sobie myślałam, że nie mam nic do zaoferowania, ale ks. Ludwik zapewniał mnie, że jeśli Pan Bóg wsadza ludzi do jednej łódki, nie robi tego przez przypadek. Od tej pory zaczął nas formować i prowadzić duchowo. Zebraliśmy grupę dzieci, które rozpoczęły systematyczną modlitwę za kapłanów. Technicznie wygląda to tak, że do ks. Ludwika zgłaszają się kapłani szukający swojego „anioła” i ci, którzy chcą się modlić za księży. Dziś jest nas ok. 3 tysięcy. Organizujemy wyjazdy dla całych rodzin, spotykamy się na dniach skupienia, wystawiamy dziecięce sztuki teatralne autorstwa ks. Ludwika, on przesyła nam raz w miesiącu katechezę dla dorosłych, dzieci dostają ją dwa razy na miesiąc. I poznajemy duchowość św. Tereski. Pamiętam, że kiedy zaczęłam czytać jej dzieło, nie mogłam się od niego oderwać. Pierwszy egzemplarz miałam cały pomazany. Przemawiało do mnie każde zdanie! Przez kolorowe podkreślenia trudno było czytać, więc kupiłam „Rękopisy”, z którymi również się nie rozstaję.

    A co dokładnie urzekło Panią w jej duchowości?

    Jej słabość. Ta wielka święta widziała w sobie wiele słabości. Pisała o malutkim dziecku, które nie potrafi samo pójść do Ojca, więc ten, widząc nieporadność maleństwa, sam weźmie je w ramiona. Pisała też, że jest malutkim ptaszkiem, który wpatruje się w wielkiego orła – Boga. Tłumaczyła, że ona wcale nie musi starać się ponad swoje siły, bo przecież Bóg wszystkiego dokona. I ja przecież czułam się zawsze słaba. Całe życie starałam się wyjść poza swoje ograniczenia, walczyć z nimi. Pod wpływem św. Tereski oddałam je po prostu Jezusowi i to On zaczął mnie leczyć. Oczywiście, staram się żyć jak najlepiej, ale wiem już, że tylko Bóg jest w stanie pokonać moje ograniczenia i słabości. To właśnie ufność daje mi wielką wolność. Poza tym św. Tereska, przy całej swojej wątłości, miała wielkie pragnienia. Chciała być dla Jezusa apostołem, kapłanem, męczennikiem, misjonarzem, doktorem, prorokiem – wszystkim! Jest patronką misji, gdyż nie tylko chciała zostać misjonarką, ale też gorliwie modliła się za tych, którzy zostawili domy i podjęli dzieło pomocy. Jednego tylko nie jestem w stanie zrozumieć – jej pragnienia cierpienia dla Jezusa. Chciała przeżyć wszystkie męki, jakie przeżyli apostołowie i święci. Minęło już wiele lat, od kiedy żyję jej duchowością, a tego jednego pragnienia nie umiem pojąć.

    Mówi Pani, że nie może tego zrozumieć, ale z drugiej strony Bóg nie szczędził Wam krzyża i cierpienia, a jednak wytrwaliście w głębokiej wierze i przyjaźni z Nim.

    Rzeczywiście, nasze życie nie było usłane różami. 13 lat staraliśmy się o dziecko. Lekarka, która mnie prowadziła, powiedziała, że dłużej nie mogę się leczyć. Jednak po modlitwie we wspólnocie okazało się, że jestem w ciąży. Kiedy badanie USG potwierdziło, że noszę pod sercem bliźniaki, nasza radość nie miała końca. Nie spaliśmy całą noc. Zjeżdżała się do nas rodzina, przyjaciele, wszyscy czekali z nami. Nasz dom wypełnił się bucikami, ubrankami, zabawkami, wybraliśmy imiona... W 15. tygodniu ciąży, w Środę Popielcową, dostałam temperatury i zaczęłam krwawić. Trafiłam do szpitala i tam okazało się, że dzieci już nie żyją... To był ciężki czas Wielkiego Postu, pełen bólu, buntu, cierpienia. Czytania z dnia mówiły do mnie tak wyraźnie, trafiały prosto w moje serce... Trzy razy wypisywali mnie ze szpitala i wracałam do niego. Wciąż na to samo łóżko. Były powikłania. Nie potrafiłam tego zrozumieć, pogodzić się z tą stratą. Kiedy wyszłam na dobre, byłam w głębokiej depresji. Nie umiałam spotykać się z ludźmi, przychodziła do mnie pani psycholog. A ja czułam się zupełnie pusta. Zasadziliśmy z mężem 2 dęby dla naszych zmarłych pociech i tam co rok, w rocznicę ich śmierci, zapalaliśmy znicze. Jednak Pan Bóg nie pozostawił mnie w tej beznadziei. W noc zmartwychwstania poszliśmy na piękną całonocną liturgię i wyszłam z niej uzdrowiona. Nie czułam żalu, moje serce wypełnił pokój. Miałam w sobie dziękczynienie za ten czas, w którym czułam pod swoim sercem życie. Dziś jesteśmy szczęśliwymi rodzicami dwojga przysposobionych dzieci i jestem pewna, że Bóg podarował nam najwspanialsze dzieci spośród wszystkich na ziemi. Po latach od tamtego wydarzenia myślę sobie, że św. Tereska pragnęła cierpienia, a ja je po prostu przeżywam, chociaż się go boję. Mówię Jezusowi: „Amen, czyń ze mną, co chcesz, oddaję Ci całe moje serce i życie”. Wciąż czuję się słaba, ale wiem, że w naszych niedostatkach zamieszka wszechmoc Boga. Nauczyła mnie tego święta, która zasypiała podczas modlitwy. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół