• facebook
  • rss
  • Ręce pachnące chlebem

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 02/2015

    dodane 08.01.2015 00:00

    – Moje koleżanki przez całą zimę dokarmiają ptaki. Ja, wychodząc z domu, do torebki zawsze wkładam jakąś kanapkę lub kawałek ciasta. I jeszcze się nie zdarzyło, 
żebym nie spotkała osoby, której byłyby potrzebne – mówi Maria Mizerska.

    Policjanci, strażnicy miejscy, a także pracownicy miejskich i gminnych ośrodków pomocy społecznej apelują o zwracanie zimą uwagi na osoby starsze, bezdomne, samotne, a także pozostające na mrozie pod wpływem alkoholu. Czasami jeden telefon, ciepła herbata, koc czy kawałek chleba mogą uratować komuś życie.


    Testament taty


    W związku z niskimi temperaturami strażnicy miejscy m.in. ze Skierniewic, Kutna i Żyrardowa, a także policjanci patrolujący miasta szukają miejsc, które bezdomni adaptują na prowizoryczne „mieszkania” – pustostanów, wiat śmietnikowych, opuszczonych altanek działkowych. Sprawdzają również sygnały od mieszkańców, którzy informują ich o osobach, co do których zachodzi obawa, że mogą być narażone na wychłodzenie. Ściśle współpracują również z ośrodkami pomocy społecznej, na bieżąco informując je o osobach potrzebujących wsparcia.


    Na szczęście na los bezdomnych i głodnych obojętni nie pozostają mieszkańcy. Maria Mizerska, od kiedy sięga pamięcią, zawsze ma przy sobie kawałek chleba dla głodnych. Nieraz zdarzyło jej się zaprosić zziębniętą osobę na herbatę. W jej szafie od dawna nie ma zbędnych rzeczy. Koce, kurtki, swetry, ręczniki już dawno oddała potrzebującym.


    – Nie widzę w tym nic niezwykłego, tak zostałam wychowana – mówi pani Maria. – Mój ojciec przeżył obóz koncentracyjny. Po powrocie do domu do końca życia nosił ze sobą kawałek chleba, który przed włożeniem do kieszeni całował. Chleb był dla niego droższy od złota, bo poznał, czym jest głód. Od sąsiadów wiedziałam, że nigdy nie jadł go sam. Dzielił się nim z sąsiadem, dziećmi, a nawet przydrożnymi psami. Kiedy zachorował, tuż przed śmiercią prosił mnie, by moje ręce zawsze pachniały chlebem. Od jego pogrzebu nie wychodzę z domu z gołymi rękami. Zawsze mam przy sobie kawałek chleba, ciasta. Od kiedy tak robię, a trwa to już prawie 20 lat, jeszcze się nie zdarzyło, żebym nie spotkała osoby czy zwierzaka, którym nie byłyby one potrzebne. Górę moich kanapek zjedli: dzieci, robotnicy, podróżni, samotni, podchmieleni sąsiedzi, a także bezpańskie psy. Dzieląc się chlebem, gorącą herbatą, ubraniami, nie boję się umierać. Wiem bowiem, że Jezus nie zrobi mi wyrzutu, że był głodny, spragniony i nagi, a ja nic z tym nie zrobiłam – mówi z nadzieją M. Mizerska, która – poza kromką chleba – dla głodnych ma zawsze także dobre słowo i czas. – Proszę nie myśleć tylko, że w zamian nic nie dostaję. Każdego dnia kilka razy jestem pozdrawiana, witana uśmiechem i obdarzana zaufaniem. Jak dla mnie, są to wielkie dary potwierdzające, że moje życie ma sens i jest komuś potrzebne.


    Człowiek, nie: żul


    O bezdomnych i głodnych, zwłaszcza zimą, nie zapominają także parafie. Parafialne koła Caritas działają bardzo prężnie. Wiele osób na co dzień korzysta z ich pomocy i wsparcia. W Sochaczewie u św. Wawrzyńca ciepły posiłek zapewnia Jadłodajnia Matki Teresy. W parafii katedralnej w Łowiczu od lat głodni mogą liczyć na kanapki. W Kutnie u św. Jana Chrzciciela od poniedziałku do piątku każda głodna osoba dostaje bochenek chleba, którego dowozem i rozdzielaniem zajmuje się Leszek Kajewski.


    – Żeby wszystko było jasne, jest to akcja parafii. Ja zajmuję się jedynie rozdawaniem chleba – mówi skromnie pan Leszek. – Każdego dnia po chleb przychodzi tu około 30 osób, z czego jedną czwartą stanowią bezdomni, często uzależnieni od alkoholu. Znam ich wszystkich. Rozmawiając z nimi, nigdy nie traktuję ich jako żuli czy ludzi drugiej kategorii. Większość z nich kiedyś dobrze się zapowiadała. Słabość, różnego rodzaju sytuacje sprawiły, że dziś znaleźli się w tym, a nie innym miejscu. Dając im chleb, mam świadomość, że jutro ja mogę stanąć po drugiej stronie z wyciągniętą ręką. Moje życie, nawrócenie to łaska dana mi od Boga. Wiem też, że On wobec każdej z tych osób ma swój plan. Jeśli mogę w nim mieć jakiś maleńki udział, wchodzę w to – wyjaśnia pan Leszek, u którego w domu od lat przy wigilijnym stole honorowym gościem jest jakiś bezdomny. Na ostatnią wigilię też zaprosił jednego mężczyznę, ale ten nie skorzystał z zaproszenia.


    Kutnowskie rodziny Kajewskich i Głowienków zajmują się również organizowaniem wigilii dla bezdomnych przy parafii. – Zawsze cieszę się na ich widok. Szykując wieczerzę, staram się zadbać o biały obrus, dobre jedzenie, niezwykłą atmosferę. Uczta, w której uczestniczy zawsze ksiądz proboszcz, jest zaproszeniem do pracy nad sobą. Kiedy rozmawiamy, zawsze namawiam ich, by spróbowali zasmakować trzeźwości i innego życia. Niestety większość z nich bez decyzji o zmianie wraca do piwnic i pustostanów. Siedząc w domu, nieraz o nich myślę, jak przy jednej świeczce, zawinięci w stare kołdry, zmagają się z samotnością, zimnem i nałogiem. Na szczęście są i tacy, którym się udało. Ta świadomość dodaje sił – przyznaje pan Leszek.


    Możliwość pomocy najuboższym jest wielką radością dla Tomasza Głowienki. – To pozwala stawać się nam narzędziem Boga. Poznając Go, widząc, jak jest miłosierny, chcę Go naśladować – mówi Tomasz, który obserwując zaangażowanie pana Leszka, postanowił do niego dołączyć. – Dziś wiem, że dziesięcina jest chwałą oddawaną Bogu. Gdy się chce być blisko Niego, ważne jest konkretne działanie. Kiedyś mój brat powiedział zdanie, które głęboko zapadło mi w pamięć: „Na gębę to jest krem, czynem pokaż, co potrafisz”. Od tamtego czasu widzę więcej, chętniej też się angażuję.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół