• facebook
  • rss
  • Święci z aureolą i bez

    Agnieszka Napiórkowska

    |

    Gość Łowicki 43/2016

    dodane 17.11.2016 00:00

    – Jako mały chłopak miałem szczęście służyć do Mszy św., którą sprawował św. Maksymilian Maria Kolbe. Nie wiedziałem wtedy, kim on jest... – mówi o. Ignacy Rejch, franciszkanin.

    Po nocnych czuwaniach przy relikwiach świętych i błogosławionych oraz przypadającym 11 listopada święcie św. Wiktorii, patronki diecezji, trudno nie myśleć o świętości i o tych, którzy każdego dnia starali się do niej dążyć. Ich wstawiennictwo i przykład życia potwierdzają, że świętość to zadanie każdego ochrzczonego. Prawdę tę potwierdzają także ci, którzy – choć nigdy nie zostali wyniesieni na ołtarze – w pamięci znajomych byli święci. Przywoływanie ich twarzy, słów, zachowań zachęca do codziennych zmagań o własne uświęcenie.

    Ze świętym przy ołtarzu

    W klasztorze ojców franciszkanów w Miedniewicach od 1992 roku posługuje o. Ignacy. 93-letni zakonnik miał szczęście nie tylko osobiście poznać św. o. Maksymiliana, ale także innych, którzy – pod wpływem współbrata i miłości do Niepokalanej – sami stawali się święci. – Jeśli chodzi o o. Kolbego, trudno to nazwać poznaniem – mówi o. Ignacy. – Mieszkając w Warszawie, miałem szczęście służyć do Mszy św., którą on odprawiał. Ale żeby wszystko było jasne, ja nie wiedziałem wówczas, że to o. Maksymilian. To był chyba 1938 rok. Do mojej parafii przyjeżdżał brat Cyprian Grodzki. W zakonie miał siostrę zakonną, która przygotowywała dziewczynki do wstąpienia do Rycerstwa Niepokalanej. A przyjmował je w te szeregi o. Kolbe. Przed tym wydarzeniem zostałem zawiadomiony, że będzie Msza Święta. Siostry prosiły, abym podczas niej służył. Pamiętam miejsce, gdzie stałem. Pamiętam brata Grodzkiego i zakonnika w okularach z długą brodą. Dopiero po wstąpieniu do klasztoru dowiedziałem się, że zakonnikiem, który był wówczas w mojej parafii, był właśnie o. Maksymilian. Później, gdy przyjechałem w 1942 roku do Niepokalanowa, poznawałem go z relacji ojców i czytania jego dzieł. Był to człowiek zakochany do szaleństwa w Matce Bożej. Przypuszczam, że to było związane z widzeniem, które miał. On Ją widział rzeczywistą, realną. Jak się kogoś tak pozna, spotka, to potem myśli się już inaczej, realnie, konkretnie – podkreśla o. Rejch. Miłość do Maryi pod wpływem świętego udzielała się wszystkim braciom. Jak wspomina o. Ignacy, na polecenie o. Maksymiliana w każdej celi musiała być figurka Niepokalanej, a bracia, którzy spotykali się w klasztorze po raz kolejny w ciągu dnia, mieli się pozdrawiać słowem „Maria”. – Dziś, gdy obchodzimy okrągłą rocznicę jego śmierci, warto bliżej go poznać. To był niezwykły człowiek. Mądry, wykształcony, ufny, pobożny i cierpliwy. Wspaniały organizator. Był czas, że w Niepokalanowie było 700 braci. I on potrafił wszystko zaplanować, zorganizować. Po raz pierwszy jego dzieło zobaczyłem rok po jego śmierci, 16 sierpnia 1942 roku, w dniu wstąpienia do klasztoru. Wtedy Niepokalanów miał 15 lat. To był czas okupacji. Kiedy przekroczyłem bramę, okazało się, że to było miasto. Główna ulica była wybrukowana. Panowała wówczas absolutna cisza. Witały mnie tylko kury. Do czasu kolacji zapoznawałem się z budynkiem. Podczas pierwszego posiłku zobaczyłem dziesiątki zakonników. To było coś niezwykłego – opowiada o. Ignacy.

    Wzór bliski i daleki

    Im lepiej o. Ignacy poznawał życiorys o. Maksymiliana, tym święty stawał mu się bliższy. Stał się jego mentorem i wzorem. Bliskim nieznajomym. Patrząc na jego fotografie, miał wrażenie, że jego oczy mówiły. Oczy, nie usta. – Śledząc jego losy, nieraz zastanawiałem się, jak udało mu się tak wiele osiągnąć. Weźmy na przykład wyjazd do Japonii. Praktycznie bez pieniędzy, bez znajomości języka w ciągu miesiąca wydał „Rycerza Niepokalanej” po japońsku. Nie zrobiłby tego wszystkiego bez zaufania Maryi. On Jej ufał, a Ona nad nim ciągle czuwała. Pod Jej natchnieniem podejmował decyzje i dokonywał wyborów, które były opatrznościowe. Tak przecież było choćby z przyjęciem terenu w Japonii. Miejsce to, choć na początku krytykowane przez ojców, okazało się najlepsze. Góra ocaliła braci od bomby atomowej. Patrząc z boku, można było go uznać za szaleńca Niepokalanej. Z tego powodu miał przeciwników, którzy – nie mogąc go zrozumieć – krytykowali to, co robił. To niezrozumienie dawało mu podstawę w pokorze. Znając jego życiorys, trudno nie zachwycić się tym, jak żył, i nie słuchać tego, czego uczył. Gdy zginął, nikt nie miał wątpliwości, że był święty. Bardzo chciałem pojechać na jego beatyfikację. Organizowanie wyjazdów należało do naszego prowincjała. To była pierwsza pielgrzymka narodowa po wojnie. Złożyłem wniosek o paszport, ale mnie oszukano. Powiedziano, że mam go odebrać w Sochaczewie. Pojechałem tam, ale go tam nie było. Dostałem go po beatyfikacji i zaraz go odesłałem. Chciałem go na beatyfikację, a nie na turystykę. Na kanonizacji też nie byłem. Mimo to ciągle czułem jego bliskość – mówi o. Rejch.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół