Nowy numer 44/2020 Archiwum

Mój sposób opisywania świata

O sesjach w Cannes, podziwie, który zaczyna się i kończy na słowie „ładne”, oraz zdjęciach, które nie nadają się do oglądania, mówi Michał Gałęzowski.

Agnieszka Napiórkowska: 10 lat temu po raz pierwszy widziałam zrobione przez Ciebie portrety znanych osób. Do dziś je pamiętam. Każdy z ich miał „to coś”. W dobie, w której ludzie robią miliony zdjęć, to chyba nie jest łatwy zawód?

Michał Gałęzowski: Coś w tym jest. Ja, kiedy się przedstawiam, nie mówię, że jestem specjalistą, ale fotografem. To jest mój zawód wyuczony, z którego starałem się żyć. Według mnie zawodowcem jest się wtedy, kiedy można się utrzymać z tego, co się robi. W moim przypadku tak jest. Obecnie pracuję w Muzeum Historycznym Skierniewic i bez względu na to, co robię, jestem fotografem. To mój sposób opisywania świata. Jeśli coś jest w stanie wzbudzić we mnie emocję, przyciągnąć moją uwagę, zainteresować mnie, chwytam za aparat, dziękuję Bogu i działam.

Twoje doświadczenia zawodowe są imponujące. Na swoim koncie masz wiele wystaw i sesji, o których wielu nawet nie może pomarzyć.

Fotografować zacząłem dawno temu. Pracowałem jako fotograf w skierniewickim instytucie, później – przez 8 lat – w Łódzkim Wydawnictwie Prasowym. W 1988 r. dostałem propozycję wyjazdu na międzynarodowe spotkania fotograficzne we Francji, organizowane przez Instytut Kultury Polskiej w Paryżu i Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Szwedzkiej. Do dziś pamiętam kłopoty ze zdobyciem paszportu i wizy. Te warsztaty trwały dość długo, bo aż 3 miesiące. Odbywały się najpierw w Paryżu, potem w Marsylii i Nicei. Po ich zakończeniu zdecydowałem, że zostanę we Francji. Przez 4 lata tam pracowałem, fotografowałem, sprzedawałem swoje zdjęcia, miałem nawet wystawę portretów Omara Sharifa, Marcella Mastroianniego, osób, które wcześniej fotografowałem, będąc jeszcze w Polsce. Wróciłem, kiedy dostałem propozycję bycia szefem działu fotograficznego w miesięczniku „Fortuna”. Miałem nadzieję, że jeśli już mamy ten kapitalizm, to u nas będzie jak na Zachodzie. Ale tak jak wiele osób rozczarowałem się tym wszystkim. W „Fortunie” pracowałem dwa lata. Kiedy pismo upadło, założyłem własną działalność i pracowałem w wydawnictwie Bauer. Namówiłem ich na robienie zdjęć na festiwalu filmowym w Cannes. Zdjęcia im się spodobały i potem przez 12 lat jeździłem na festiwale do Cannes, Berlina i Wenecji, by fotografować. To była prawdziwa uczta, ale i bardzo ciężki kawałek chleba. W jednym miejscu stawało od 700 do 1000 fotografów i każdy chciał mieć to jedno jedyne, wyjątkowe, swoje zdjęcie. Robiłem zdjęcia aktorom, muzykom, reżyserom. Przeprowadzałem też indywidualne sesje z Jeremym Ironsem w Londynie, z Gerardem Depardieu, Antonio Banderasem w Paryżu, z Alainem Delonem, Catherine Deneuve w Genewie... We Francji miałem cztery wystawy, moje prace były wystawiane także na Węgrzech, w Niemczech, w Polsce. W Skierniewicach otworzył ją Paweł Wawrzecki, w Warszawie – Grażyna Torbicka. Miałem też dużo zdjęć, sesji modowych. Trochę się tego uzbierało.

Fotografowałeś znane osoby. Opowiedz, jak układa się z nimi współpraca?

Kiedy robiłem jeszcze zdjęcia w Polsce, wymyślałem sobie, jak daną osobę chciałbym sfotografować. Tak było na przykład z Czesławem Niemenem. On był już znanym piosenkarzem. Umówiliśmy się. Zapytał mnie, jak bym chciał zrobić mu zdjęcie. Powiedziałem, że z jastrzębiem. Na poparcie swojej wizji miałem mnóstwo argumentów, bo interesuję się ornitologią. Ukazałem analogię do jego muzyki. Spodobało mu się. Zdjęcia robiliśmy zimą w zoo. Nie było tam jastrzębia, za to był myszołów. Na szczęście artysta nie zauważył różnicy. Myszołów miał odmrożone nogi. Gdy Niemen go złapał, ten się strasznie szamotał. Ale zdjęcia wyszły bardzo dobre. Dużo rozmawialiśmy. On mi opowiadał o tym, jak z ojcem robił skrzynki dla ptaków. Zawiązała się współpraca. Potem wyraził ochotę na następne fotografie. Zabawnie było też z Wojciechem Młynarskim. Pojechałem do niego, by pokazać mu swoje zdjęcia. Nie był zachwycony. Na moje szczęście weszła jego córka Agata, która była odmiennego zdania. Ona go przekonała. A potem za jego zdjęcie portretowe w Sewilli zająłem I miejsce. To były lata 80. Potem zapraszał mnie często do siebie. Kiedyś mi mówi: „Znalazłem superdziewczynę, która na pewno do czegoś dojdzie. Nazywa się Edyta Geppert”. Zrobiłem jej zdjęcia. (śmiech) Kiedyś dla szwedzkiego pisma fotografowałem Gustawa Holoubka. Na sesję przyszła Kalina Jędrusik, która rzuciła: „A mnie to pan nie sfotografuje?”. Kiedy robiłem jej zdjęcia, mówiła: „Tylko lewy profil. Niech pan nie zmienia mojego wyglądu”. Robiąc zdjęcie, nie wystarczy postawić człowieka przed aparatem. Miedzy fotografem i fotografowanym musi powstać relacja. Oboje muszą być zaangażowani. W portrecie nie chodzi o to, by pokazać, jak dana osoba wygląda, tylko kim ona jest w rzeczywistości. Wyzwaniem jest np. na zdjęciu pokazać prawdziwego Gustawa Holoubka czy Daniela Olbrychskiego. W portretowaniu ludzi najważniejszą rzeczą jest to, by ktoś się zgodził. Gdy już się zgodzi, wtedy można tworzyć. Ja nigdy nie chciałem powtarzać zdjęć, które ludzie już mieli i które były uznane za ładne. To jest najgorsze, co może się przykleić do zdjęcia: „O, jakie ładne!”. Podziw w takiej sytuacji zaczyna się i kończy na tym słowie. To nie daje satysfakcji. Znakomici fotografowie potrafią przewidzieć sytuację. To daje duże możliwości, bo wiesz, co się może zdarzyć. Są tacy, który strzelają wiele zdjęć i wybierają jedno. Są fotografowie ze starszego pokolenia, którzy mówią, że jeśli uda im się w ciągu roku zrobić 10 dobrych zdjęć, to są szczęśliwi.

Przy okazji fotografowania przydarzały Ci się niezwykłe, zabawne sytuacje?

Dobrze wspominam jubileuszowy festiwal w Cannes. Zaprosili wtedy bardzo wiele osób. Siedzimy i czekamy. Po 40 minutach zjawia się Roman Polański. Wszyscy w krawatach, elegancko, on w poplamionej koszulce z dziurkami i w białej marynarce. Wchodzi i zaczyna kierować ruchem. Setki fleszy. Wszyscy robią zdjęcia pod jego dyktando. Po tym idziemy na konferencję prasową. Tam jest ograniczona liczba dziennikarzy. Pytania są różne. W pewnym momencie Polański wstaje i mówi, że nie może tego dłużej słuchać. Rzuca tylko: „Idę na lunch, kto idzie ze mną?” i wychodzi. Skradł show. Wtedy w Cannes mówiono tylko o nim. Innym razem cudem udało mi się wejść na bankiet po „Pianiście”. Byłem jedynym fotografem, który robił tam zdjęcia. Byli tam wszyscy bohaterowie filmu, producenci. Nie miałem zaproszenia. Wszedłem, rozmawiając ze znanymi osobami, od których nie żądano zaproszeń. W środku ustawiałem ludzi. Robiłem zdjęcia. W pewnym momencie podeszła do mnie jakaś pani z pytaniem, czy jestem od... – tu padło nazwisko człowieka, którego nie znałem. Zaprzeczyłem, mówiąc, że jestem od Polańskiego. Po chwili podszedł do mnie dyrektor hotelu i, podając wizytówkę, poprosił, bym następnego dnia przesłał mu zdjęcia. Tak zrobiłem. Sprzedałem wiele fotografii. W ferworze pracy zawsze ma się jeden cel. Zrobić jak najlepsze zdjęcie. I wtedy zapomina się o zakazach, ograniczeniach. I to bywa niebezpieczne. Pamiętam wizytę Michaiła Gorbaczowa, kiedy jeden z fotoreporterów przekroczył linię i ochroniarz tak go potraktował, że go wynieśli. Położył go jednym ciosem. Ja z Gorbaczowem miałem inną przygodę. On był w Żelazowej Woli. Pojechałem tam, żeby robić zdjęcia. Miałem wszystkie papiery, które mi na to pozwalały. W swojej beztrosce ubrałem się w sweter. Podchodzę, a oni mi mówią, że w tym swetrze nie mogę wejść. Muszę mieć marynarkę albo płaszcz. Szybko pobiegłem do sklepu i dostałem płaszcz. Marynarek nie mieli. W pracy bardzo pomagała mi Grażyna Torbicka. Gdy szła robić jakiś wywiad, zabierała mnie ze sobą. Razem byliśmy u Dustina Hoffmana. To był taki normalny człowiek, który nie stwarzał barier. Mieć indywidualny wywiad to było coś niesamowitego.

Z tego, co wiem, fotografowałeś też papieża Jana Pawła II.

O, tak. Byłem w Watykanie na 25-lecie jego pontyfikatu. Pojechałem z aktorami. Oni dali tam spektakl. Obsługiwałem też trzy jego pielgrzymki do Polski. Z jedną związana jest zabawna historia. Było to podczas ostatniej wizyty Jana Pawła II. Szef BOR wyznaczał, kto może podejść bliżej. Ojciec Święty miał już odlatywać. Siedział w fotelu na lotnisku. Jeszcze śpiewali Golce. Ten borowiec powiedział, że tylko sześciu z nas może zabrać ze sobą i podprowadzić blisko Ojca Świętego. Zaczął wyliczać największe agancje. Przy piątej zawołałem: „A co to, Bauer się nie liczy?”. I mnie wziął. Mam mnóstwo zdjęć Ojca Świętego. Pamiętam, że był już słaby. Wtedy najważniejsze było to, co powie, a nie jak będzie wyglądał. Fotografie były dopowiedzeniem jego słów. To było niezwykłe przeżycie duchowe.

Podobno ludzie nie lubią swoich zdjęć, mimo że robią ich setki. Jak jest w twoim przypadku?

Ja lubię. Robię sobie czasem zdjęcia, by zobaczyć, jak się zmieniam. Mam fotki, które lubię, ale są to zdjęcia, które już zrobiłem. Dziś każdy, kto ma aparat, a nawet telefon, uważa się za fotografa. Ludzie robią zdjęcia wszędzie i wszystkiego. Niektóre są naprawdę fatalne. Nieważne są estetyka, etyka. A przecież pierwszym recenzentem jest autor zdjęcia. Dobre zdjęcie wyzwala emocje, zmusza do refleksji. Żyjemy w epoce obrazkowej. To paradoksalnie nie skłania do tego, by patrzeć z refleksją. To, że patrzysz, nie znaczy, że widzisz. Oglądając miliony obrazków, trudno wyłapać te, które są ważne dla nas, bo nas wzbogacają. Jeżeli patrzysz na coś dobrego, to ten obraz cię zmienia. Franciszek Starowieyski mawiał, że ważną rzeczą jest to, na co codziennie patrzymy. W Skierniewicach nigdy nie będzie jak w Rzymie. Tu nie ma takich budynków, tu nie ma świadomości tysięcy lat. A już samo to wystarczy dla kogoś wrażliwego. Mieszkając w Skierniewicach, Łodzi, choćby poprzez oglądanie, czytanie trzeba stwarzać w sobie przestrzeń.

Masz jakieś marzenia jako fotograf?

Marzy mi się, by wrócić jeszcze do fotografii z większą intensywnością. Kiedy ludzie mnie pytają, jakie jest moje najlepsze zdjęcie, odpowiadam, że to, którego jeszcze nie zrobiłem. Mam jeszcze pomysły na sesje, kadry, portrety...


agnieszka.napiorkowska@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama