Nowy numer 47/2020 Archiwum

Byłem grzeczny i niegrzeczny

O szkolnych naganach, kryzysach wiary i miłości do swojego powołania z kl. Danielem Wojdą, jezuitą, rozmawia Monika Augustyniak.

Monika Augustyniak: Od czterech lat formujesz się na jezuitę. Czy jesteś dumny z tego, że papież jest członkiem Twojego zakonu?

Daniel Wojda: Nie jestem dumny z tego, że w ogóle jest, ale z tego, jakim jest jezuitą. Przez swój radykalizm stał się moim autorytetem. Nareszcie ktoś mówi na głos to, co i dla mnie jest ważne.

Pochodzisz z Łowicza, przez lata byłeś ministrantem w parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Dlaczego zdecydowałeś się na zakon? Czym Cię zachwycił?

To dziwna historia, bo tak naprawdę miałem bardzo niewielki kontakt z Towarzystwem Jezusowym. Zaczęło się od tego, że kiedy już wiedziałem, że chcę zostać księdzem, wiele godzin przeklęczałem przed Najświętszym Sakramentem. I tam tłukło mi się po głowie słowo „jezuici”. Na początku zupełnie to ignorowałem, bo wydawało mi się, że kierują mną nieczyste intencje – wyjątkowi ludzie robiący wyjątkowe rzeczy. Wmawiałem sobie, że uciekam od robienia dobrej roboty tu, gdzie jestem. Ale któregoś dnia do mojej szkoły przyjechali jezuici, żeby reklamować rekolekcje „Szkoła Kontaktu z Bogiem”. To takie skrócone do 3,5 dnia rekolekcje ignacjańskie. Kiedy tam pojechałem, byłem zachwycony. Nareszcie ktoś uczył mnie krok po kroku, jak się modlić. Dostałem punkty do rozważania Ewangelii, zacząłem medytować. Po tym była głęboka rozmowa z kierownikiem duchowym. To mnie oczarowało i w zasadzie od tego momentu wiedziałem, że chcę być w Towarzystwie Jezusowym.

A jak rodziło się Twoje powołanie?

To było jeszcze w gimnazjum. Uchodziłem za strasznego łobuza. Przestawialiśmy z kolegami zegarek woźnej, nieraz zdarzało się, że na lekcji miałem większą publikę niż nauczyciel, a nawet dostałem publiczną naganę za wniesienie alkoholu do szkoły. A przy tym wszystkim byłem ministrantem. W kościele też się wygłupiałem i niejednokrotnie proboszcz wytargał mnie za uszy (śmiech). Któregoś razu wpadł na pomysł, że każdy z nas będzie odmawiał przez tydzień dziesiątkę Różańca. Kiedy przyszła moja kolej (każdy odmawiał swoją dziesiątkę codziennie w domu), klęknąłem wieczorem i zacząłem klepać „zdrowaśki”. I nagle uświadomiłem sobie, że będę księdzem. Miałem 15 lat, chodziłem z dziewczyną i planowałem iść do technikum, a nie liceum. Ale wtedy wszystko wydało mi się takie logiczne: skoro mam być księdzem, muszę nie mieć dziewczyny, muszę iść do liceum, żeby szybciej skończyć szkołę i ogarnąć się. Zdałem sobie sprawę, że poza tym, że wszyscy śmieją się z moich wygłupów, nic sobą nie reprezentuję. I zacząłem się zmieniać. Rozczytywałem się w pobożnych książkach, wycofałem się z życia towarzyskiego, po lekcjach chodziłem na kilkugodzinne adoracje, pościłem w środy i piątki. Przegiąłem w drugą stronę. Jak dziś przypominam sobie tego ulizanego, grzecznego chłopca, słabo mi się robi (śmiech). Jednak podczas wielu godzin przed Najświętszym Sakramentem poukładało mi się wiele spraw. W maju, po zakończeniu szkoły, dopadł mnie kryzys. Powiedziałem promotorowi powołań, że nie jestem pewien, czy chcę iść do zakonu, a kiedy na pielgrzymce podjąłem ostateczną decyzję, było za późno. Ojcowie kazali mi odczekać rok. To był dla mnie bardzo trudny czas. Studiowałem teologię, grałem w zespole ewangelizacyjnym „Dabar”, dzięki któremu jakoś się trzymałem. Ludzie z zespołu uczyli mnie wiary. Mówiłem do Boga: „Ja chcę iść do zakonu, ale to oni w Ciebie wierzą, a nie ja”. Po tym roku bez problemów przyjęto mnie do zakonu.

A jak teraz, po kilku latach formacji, wygląda Twoja wiara?

Na pewno wiele się zmieniło. Kiedyś mój obraz Boga w dużej mierze oparty był na strachu. Myślałem sobie, że skoro s. Faustyna napisała, że jest piekło i ludzie do niego trafiają, trzeba się go bać. Z jednej strony wszyscy mówili, że Bóg jest dobry i miłosierny, ale ja miałem wrażenie, że czeka na moje potknięcie, żeby mnie ukarać. Byłem przekonany, że wiara to moja walka o relację z Bogiem, nasze osobiste spotkania. Chciałem być idealny i bez grzechu i wiele energii traciłem na to, żeby ten ideał osiągnąć. Wiele razy słyszałem, jak ludzie narzekają na księży i nie chciałem taki być. Dążyłem do tego, żeby nikt nie mógł mi nic złego zarzucić. I to wbiło mnie w myślenie, że muszę podołać ideałowi. Niestety (albo na szczęście), po trzech latach zawiodłem się na sobie. Okazało się, że nie jestem tak pobożny, jakbym chciał, że partolę robotę, którą mam do wykonania, i nie podołałem temu, co sobie założyłem. Uświadomiłem sobie, że nie znam wszystkich przykazań Jezusa i nie umiem wcielić ich w życie. To był moment, w którym zacząłem rozumieć, że za Jezusem szli ludzie słabi i dopiero Jego moc czyniła ich silnymi. Długo broniłem się przed tą prawdą. Na pierwszym roku nowicjusze przechodzą miesięczne rekolekcje w milczeniu, i tam, na medytacji, Bóg łupał mi do głowy, że nie jest takim bandytą, jakim ja Go widzę i że centrum wiary nie może być mój strach. Poza tym odkryłem, że wiara w Boga to nie tylko ja i Bóg, ale też drugi człowiek. Na pierwszym roku mieliśmy ponadmiesięczne praktyki w hospicjum. Każdego dnia ktoś umierał, innego trzeba było kogoś umyć, nakarmić. To był kolejny kopniak. Zacząłem zadawać sobie pytanie, kim tak naprawdę jest Bóg. Czy jest wielki i potężny, czy słaby i wybaczający każdemu? Cztery lata zajęło mi to, żeby skruszeć, ale to nie jest zamknięty proces. Ostatni czas znów mnie „wykoleił” i wbił w kryzys. Zadaję sobie wiele pytań, szukam i poznaję Boga jakby na nowo.

Domyślam się, że czas, w którym pęka dotychczasowy obraz świata i dokonuje się przewartościowanie rzeczywistości, jest bardzo trudny. Czy to nie zniechęca Cię na drodze powołania zakonnego?

Zdecydowanie nie. Miałem jeden moment kryzysu, kiedy w nowicjacie zakochałem się. Przestałem wtedy myśleć realnie, ale na szczęście magister utrzymał mnie w zakonie. Teraz jestem spełniony, a poczucie, że jestem na swoim miejscu, wciąż rośnie. Gdybym jeszcze raz dokonywał wyboru mojego powołania, wybrałbym to samo.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama